Start

Blog

Marek Saganowski: Jesteśmy nieprzyjemnym zespołem

Przed wypadkiem motocyklowym przymierzano mnie do najlepszych klubów w Europie. Nie zastanawiam się jednak „co by było, gdyby…”, tylko cieszę się z tego, co jest. Motywacji i sił do pracy mi nie brakuje, ciągle jestem głodny sukcesów. Wygranie Ligi Europy? Dlaczego nie – mówił Marek Saganowski na spotkaniu z kibicami z cyklu B(L)iżej Legii, organizowanego przez głównego sponsora klubu, Fortuna zakłady bukmacherskie. Najbardziej doświadczony obecnie piłkarz Legii opowiedział także m.in. o swojej przyszłej pracy w roli szkoleniowca i presji, która towarzyszyła zdobyciu setnej bramki w ekstraklasie.

Czy obecny sezon jest ostatnim w pana piłkarskiej karierze?

Zobaczymy, jak to będzie wyglądało w czerwcu. Jeżeli moje zdrowie będzie dalej w takim stanie, jak choćby teraz, to na pewno nie będę chciał jeszcze kończyć z graniem w piłkę. Jak wszyscy pamiętamy, przez ostatnie dwa lata październik był dla mnie nieprzyjemnym miesiącem, bo najpierw pojawiły się problemy z sercem, a później kontuzja kolana. Teraz październik powoli szczęśliwie dobiega końca i mam nadzieję, że już nic nieprzewidzianego nie wydarzy się z moim zdrowiem.

Jak samopoczucie przed zbliżającym się rewanżem z Metalistem Charków?

W tej chwili bardziej skupiam się na najbliższym meczu, który mamy do rozegrania: z Pogonią Szczecin w Pucharze Polski. O losach awansu do ćwierćfinału decyduje tylko jedno spotkanie, a bardzo byśmy wszyscy w zespole chcieli, aby trofeum wróciło do Warszawy. To jest w tej chwili dla nas najważniejsze.

Co pan czuł, kiedy wracał pan na boisko po długiej przerwie spowodowanej kontuzją?

To był jeden z moich lepszych momentów w życiu, które przeżyłem na boisku. Nigdy nie zapomnę tego przyjęcia przez kibiców Legii i raz jeszcze stokrotnie wszystkim za to dziękuję, bo naprawdę było warto wykonać całą tą ciężką pracę w procesie dochodzenia do pełni sił. Wielkie dzięki za wsparcie.

Która pana bramka w barwach Legii była najważniejsza?

Wszystkie gole bardzo mnie cieszą, ale na pewno bramka zdobyta na Widzewie na 1:1, która dała Legii pierwsze po dłuższej przerwie mistrzostwo Polski była szczególna. Pamiętam, że bezpośrednio po meczu zarzucano mi, iż nie wykorzystałem wtedy jeszcze jednej bardzo dobrej okazji, co przypieczętowałoby nasz tytuł niezależnie od wyników innych spotkań. Następnego dnia okazało się jednak, że nieoczekiwanie punkty zgubił Lech Poznań i mogliśmy świętować upragniony sukces. Mocno utkwiła mi w pamięci także bramka sprzed lat w derbowym starciu z Polonią na 1:0.

W wieku 17 lat miał pan poważny wypadek motocyklowy. Był już pan wówczas gwiazdą polskiej ekstraklasy i reprezentacji kraju. Jak bardzo negatywnie tamto zdarzenie wpłynęło na dalsze pana piłkarskie losy?

Przed wypadkiem nie byłem jeszcze gwiazdą, a talentem z ŁKS-u Łódź, który dobrze rokował na przyszłość. Strzelałem dużo goli, co pozwoliło mi bardzo wcześnie zadebiutować w drużynie narodowej. Dopóki grałem, były przymiarki do najlepszych klubów w Europie. Ale cóż, stało się i – biorąc pod uwagę, co przeżyłem – jestem szczęśliwy, jak udało mi się wyjść z tamtej sytuacji. Gdyby nie wypadek, może byłoby lepiej i byłbym teraz na salonach Europy, grając w wymarzonej Premier League i mając w kadrze na koncie więcej niż 20 bramek. Może… Ale w tej chwili to jest już tylko gdybanie. Cieszę się tym, co mam. Zdobycie przeze mnie dwóch tytułów mistrza Polski z Legią po powrocie z zagranicznych wojaży pokazuje, że przy odpowiednim podejściu do swoich obowiązków można wyjść z rozmaitych opresji.

Czy po zakończeniu kariery zawodniczej planuje zostać pan w Legii jako trener lub asystent?

Z pewnością w jakiś sposób chciałbym przekazać swoje doświadczenie zebrane na polskich i europejskich boiskach. Najpierw w pracy z młodzieżą, a później jako trener seniorów. Na razie żyję nadzieją, że w przyszłym roku w czerwcu będę rozmawiał o jeszcze jednym kontrakcie jako zawodnik. Na pewno jest jednak taka możliwość.

Jest pan legendą zarówno Legii, jak i ŁKS-u. Czy swoją przyszłość wiąże pan bardziej z Warszawą czy Łodzią?

Bardzo miło jest żyć ze świadomością, że jest się szanowanym i w Warszawie, i w Łodzi. W przyszłości widzę siebie jako trenera, który chciałby spróbować swoich sił w obu klubach. Wiadomo, że rola szkoleniowca w Polsce jest obecnie bardzo ciężka i dzisiaj jesteś w jednym miejscu, a jutro już cię w nim nie ma. Jednym z takich moich marzeń jest wprowadzić ŁKS do ekstraklasy.

Czy Legię stać na triumf w Lidze Europy?

Ciekawe pytanie. Biorąc pod uwagę, jak ostatnio wyglądamy w tych rozgrywkach i ile punktów w nich zdobywamy, można by zaryzykować stwierdzenie, że przy odrobinie szczęścia w kolejnych losowaniach: dlaczego nie? Ze względu na to, co mówi do nas trener, skupiamy się jednak nad tym, co jest bezpośrednio przed nami i nie wybiegamy zbyt daleko do przodu myślami. Na razie naszym priorytetem jest wygrana w najbliższym meczu, która zapewni nam awans do fazy pucharowej. Na pewno obecne morale drużyny jest wysokie, więc… czemu nie? Niedawno graliśmy w Kijowie na boisku Dynama, gdzie też w pewnym momencie niespodziewanie powstał zespół, który potrafił ograć u siebie słynną Barcelonę 4:0. Wszystko jest możliwe i zależy tylko od naszej wiary w sukces popartej bardzo ciężką pracą na treningach.

Jak czuł się pan i koledzy z zespołu po informacji o wykluczeniu z eliminacji Ligi Mistrzów?

Chyba wszyscy tak samo mocno przeżyliśmy wiadomość o walkowerze. Nikt nie zdawał sobie sprawy, że Legia w taki sposób może odpaść z walki o Ligę Mistrzów, bo dwumecz z Celtikiem wyraźnie pokazał jak silni byliśmy. To wykluczenie siedziało jeszcze później w naszych głowach podczas konfrontacji z Aktobe. Każdy zdawał sobie bowiem sprawę, że byliśmy w tym roku bardzo blisko gry w tych elitarnych rozgrywkach i w jak idiotycznych okolicznościach straciliśmy to, co wypracowaliśmy wcześniej na boisku.

W jakich okolicznościach dowiedział się pan o karze ze strony UEFA?

O wszystkim dowiedzieliśmy się zaraz na pokład samolotu. Reakcje o możliwości wykluczenia były bardzo różne. Od niedowierzania po przekonanie, że wszystko ułoży się jednak po naszej myśli. W każdym z nas tliła się nadzieja, że choć ktoś popełnił błąd, ludzie z europejskiej federacji potraktują całą sprawę po ludzku i z duchem sportu. Okazało się, że jednak nie, ale to już zupełnie inna historia…

Kto jest pana najlepszym kolegą w zespole Legii?

Kumpluję się z wieloma chłopakami na różnych płaszczyznach. Przykładowo, z „Kucharzem” jesteśmy zawsze razem w pokoju przed meczami i na zgrupowaniach, a z Ivicą Vrdoljakiem czy Kubą Rzeźniczakiem spotykamy się czasami na kolacjach całymi rodzinami. Ogólnie w zespole nie ma żadnych grup i grupek, które odchodziłyby od reszty. Ludzie nawzajem mocno się wspierają i to jest bardzo fajne.

Mimo 36 lat na karku, imponuje pan przygotowaniem motorycznym. Co pana motywuje do ciężkiej pracy na treningach?

Motywuje mnie przede wszystkim miłość do futbolu i strzelania goli. Od kiedy jestem dzieckiem, piłkarska rywalizacja cały czas „kręci” mnie tak samo mocno. Zdaję sobie sprawę, że mam już 36 lat i chyba właśnie to powoduje, że jeszcze ciężej pracuję nad motoryką i całym swoim ciałem. Czasami wydaje mi się nawet, że jestem teraz lepiej przygotowany do gry niż wtedy, gdy miałem 25-26 lat. Wówczas nie przykładałem takiej uwagi do kwestii odżywiania, spędzania czasu po treningu czy odnowy biologicznej. Kiedyś odnowa wyglądała całkiem inaczej i wolałbym głośno na ten temat nie mówić. Moja świadomość tego, w jakim klubie jestem, co robię i co chcę jeszcze robić przez najbliższe lata wyzwala u mnie odpowiednią motywację. I dopóki myśl o zbliżającym się treningu będzie u mnie wywoływała tak dużą frajdę radość jak obecnie, nic się w tej kwestii nie zmieni.

Życzę panu, aby grał pan w Legii tak dobrze do 40. roku życia jak czyni to aktualnie Francesco Totti w Romie. Czy czuje się pan na siłach, aby występować jeszcze w pierwszym składzie i walczyć na boisku przez pełne 90 minut?

Spokojnie mogę grać przez 90 minut i wyniki badań to tylko potwierdzają. Myślę, że w niedawnym meczu z Zawiszą pokazałem, że daję radę i nie mam żadnych problemów z motoryką.

Jak to się stało, że wyciekło do sieci nagranie z tortem, na którym w dość osobliwy sposób świętuje pan strzelenie 100. gola w ekstraklasie?

O to trzeba się już zapytać Kuby Rzeźniczaka…

A jak w ogóle czuł się pan po zdobyciu tej setnej bramki w polskiej ekstraklasie?

Dużo się mówiło o tych moich 99 trafieniach i często przypominało przy tym Tomka Wieszczyckiego, który skończył karierę właśnie z takim dorobkiem bramkowym. W pewnym momencie trochę zaczęło już mi to wszystko przeszkadzać i nie ukrywam, że po tym jubileuszowym golu uleciała ze mnie presja. Nie były to żadne demony, ale z pewnością fajnie było poczuć, że dołącza się grona świetnych zawodników. Bo zdobycie stu bramek w jakiejkolwiek lidze to już naprawdę jest coś.

Jaki jest pana wymarzony przeciwnik w kolejnej fazie Ligi Europy?

Oczywiście taki, którego będziemy w stanie przejść. Szczerze mówiąc, nie wiem nawet na kogo możemy trafić. Jeśli tylko wyjdziemy z grupy, to nie my będziemy się musieli kogoś obawiać, a odwrotnie. W tej chwili jesteśmy naprawdę nieprzyjemnym zespołem, o czym przekonują się kolejni rywale.

Czego zdążył się pan już nauczyć od obecnego sztabu szkoleniowego Legii z Henningiem Bergiem na czele?

Wychodzę z założenia, że nawet w moim wieku można się nauczyć jeszcze wielu przydatnych rzeczy. Dlatego jak najwięcej podpatruję naszego trenera i jego współpracowników. Widać u nich zupełnie inne spojrzenie na futbol, takie typowo angielskie z domieszką wpływów skandynawskich. Powiem tak: jest czego się uczyć i na pewno w przyszłości jako trener będę korzystał z wielu elementów, które widzę w pracy Henninga Berga. Wnikliwie analizuję jego poczynania i jestem pod wrażeniem tego, w jaki sposób on i jego ludzie potrafią przekazać zawodnikom swoją filozofię. Pierwszy raz spotkałem się z czymś takim. Bardzo podoba mi się przykładanie dużej wagi do indywidualnych zadań boiskowych dla poszczególnych graczy. Już na kilka dni przed spotkaniem każdy z zawodników doskonale wie, co go czeka w najbliższym meczu i na jakie rzeczy będzie musiał zwrócić dodatkową uwagę.

Czy ma pan swój oficjalny fan page i czy jest pan aktywny w zakresie tego typu kontaktu z kibicami?

Nie, nic takiego nie mam. Jeszcze za czasów gry w Anglii miałem własną stronę internetową, ale nie była ona do końca profesjonalnie prowadzona i zdecydowałem się na jej zamknięcie. Bo jeśli mam coś robić na pół gwizdka, wolę tego nie robić wcale.

źródło: FourFourTwo Polska

Na Śląsk patrzy się z przyjemnością

Śląsk nie ma tak szerokiej ławki jak Legia, ale jestem przekonany, że napsuje stołecznej drużynie sporo krwi w walce o tytuł – nie ukrywa Dariusz Sztylka, wieloletni kapitan Śląska, który wywalczył z tym klubem m.in. mistrzostwo Polski.

Tak wysoka pozycja Śląska jest dla pana zaskoczeniem?

Wręcz przeciwnie. Spodziewałem się, że ta drużyna, w której nie zaszło latem wiele zmian, w końcu zacznie prezentować na boisku taką grę, na jaką wszyscy tutaj we Wrocławiu czekali. Trener Pawłowski bardzo dobrze dogaduje się z chłopakami i to przynosi efekt na murawie. Zawodnicy mają ze sobą dobry kontakt i doskonale wiedzą, co mają robić w trakcie meczów.

Jakimi elementami najbardziej imponuje panu Śląsk pod wodzą Tadeusza Pawłowskiego?

Widać, że trener bardzo dużą rolę przykłada do grania piłką. Nawet w czasie transmisji telewizyjnych słychać jego pokrzykiwania: „więcej piłką” czy „więcej po ziemi”. I pod tym względem Śląsk na pewno zaczyna się wyróżniać w polskiej lidze. Nawet w Warszawie mieliśmy tego przykład, kiedy zawodnicy Śląska zdominowali legionistów na ich stadionie, co rzadko komu udaje się w krajowych rozgrywkach. W aspektach czysto piłkarskich wrocławianie pokazali wówczas, że są już jedną z najlepszych drużyn w Polsce. Akcje budowane są cierpliwie, piłka rozgrywana jest od tyłu, a długie podania należą do rzadkości. Dalekie przerzuty, jeśli już się zdarzają, są starannie zaplanowane i mają określony cel. Nie ma w nich elementu przypadkowości. Oprócz elementów czysto piłkarskich, Śląsk może się podobać pod względem motorycznym. Chłopaki wyglądają bardzo dobrze, a najlepszym tego przykładem jest Sebastian Mila, który nigdy nie był tytanem w tym aspekcie, a teraz praktycznie nie przegrywa żadnych pojedynków fizycznych.

Czy zatem stać już Śląsk na walkę o mistrzostwo kraju z Legią?

Liga jest wyrównana i można pokonać kogoś z czołówki, aby za chwilę przegrać spotkanie z ekipą z dołu tabeli. Na pewno Śląsk do końca będzie walczył o miejsce na podium. A czy o tytuł? Nie wiem, czy drużyna ma już wystarczająco mocną ławkę rezerwowych, żeby rywalizować z Legią, która dysponuje szerszą i bardziej wyrównaną grupą zmienników. Jeśli trener Pawłowski będzie miał trochę większe pole manewru kadrowego w razie kontuzji i kartek, wówczas Śląsk może robić małe zakusy w kierunku mistrzostwa.

Na jakie pozycje szczególnie przydałaby się alternatywa Tadeuszowi Pawłowskiemu?

Przede wszystkim w ataku, przynajmniej dopóki do pełni sił nie wróci Marco Paixao. Choć trzeba podkreślić, że na razie trenerowi udało się bardzo fajnie poukładać grę bez klasycznej „dziewiątki”. Mateusz Machaj bardzo dobrze uzupełnia się z Robertem Pichem i Flavio Paixao, co sprawia rywalom wiele kłopotów, bo nie można należycie poustawiać krycia wspomnianej trójki. Do tego dochodzą prostopadłe piłki od Sebastiana Mili czy nawet – jak ostatnio – od Toma Hateleya. Bez wątpienia jednak Śląskowi przydałby się jeszcze napastnik, który w trudnych momentach wziąłby ciężar gry na siebie, przytrzymał piłkę i zgrał ją do któregoś z partnerów. O linię obrony jestem spokojny, bo w odwodzie pozostaje Rafał Grodzicki, który w razie potrzeby może zagrać zarówno na środku, jak i na lewej stronie.

Nie licząc Legii, z kim przyjdzie Śląskowi walczyć o miejsce na podium?

Mimo niefrasobliwego remisu ostatnio z Koroną, coraz lepiej wygląda Lech Poznań. Wielkopolski zespół ma duży potencjał i widać, że pod wodzą Macieja Skorży zwłaszcza ofensywni zawodnicy zaczynają to wykorzystywać. Trzeba też zwrócić uwagę na niedocenianą przed sezonem Jagiellonię. Trener Michał Probierz ma fajny, młody zespół, który obecnie gra bardzo atrakcyjną piłkę – szybką, po ziemi i z wieloma atakami. Zapewne ta ekipa będzie miała jeszcze jakieś wahania formy, ale na razie dobrze to wygląda. Uważam, że wspomniana czwórka do samego końca będzie odgrywać w ekstraklasie czołowe role.

W najbliższej kolejce Śląsk czeka wyjazd do Gdańska na mecz z Lechią. Firma bukmacherska Fortuna więcej szans na zwycięstwo przyznaje gospodarzom. Słusznie?

Patrząc na przeprowadzone w ostatnich miesiącach transfery i potencjał gdańszczan, bukmacherzy na pewno mogą to tak oceniać. Według mnie, czeka nas bardzo wyrównany mecz, bo zmierzą się dwie drużyny, które potrafią i lubią grać w piłkę. Na pewno żadna z ekip nie cofnie się i nie będzie czyhać tylko na kontry. Jedni i drudzy będą chcieli zdominować środek pola, aby po opanowaniu linii pomocy ustawić sobie to spotkanie. Myślę, że wyższa ocena Lechii bierze się jedynie z faktu, że zagra ona na własnym stadionie. Śląsk, moim zdaniem, jest w stanie bez problemu przywieźć z Trójmiasta jakieś punkty. Najczęściej te mecze przyjaźni z Lechią kończyły się remisem i przeczucie podpowiada mi, że podobnie będzie i tym razem.

Śląsk u siebie w tym sezonie jest niepokonany i radzi sobie najlepiej spośród wszystkich drużyn, ale na wyjeździe jego bilans nie rzuca na kolana. Z czego to może wynikać?

Drużyny, które przyjeżdżają do Wrocławia, mają już w głowie, że grają ze Śląskiem i przystępują do meczu cofnięte, nastawiając się na kontry i długie piłki. Tak było i w minionym tygodniu, kiedy Piast przyjechał w bardzo zachowawczym ustawieniu, jedynie z wysuniętym Kamilem Wilczkiem, który próbował przepychać się z wrocławskimi obrońcami. Śląskowi tymczasem to pasuje, bo lubi grać piłką, utrzymywać się przy niej i tworzyć sytuacje podbramkowe po ciekawych akcjach kombinacyjnych. Na wyjazdach wygląda to inaczej, bo miejscowe zespoły grają wyżej i bardziej agresywnie, przez co podopieczni Tadeusza Pawłowskiego nie mają takich możliwości gry piłką „po swojemu”. Akcje Śląska są wówczas bardziej rwane, co przekłada się na wyniki.

Sobotnie spotkanie będzie można oglądać w ogólnodostępnej telewizji. Możliwość pokazania się szerszej niż zwykle publiczności powinna dodatkowo zmobilizować zawodników obu drużyn?

Śląsk ma już na tyle doświadczony zespół, że taki bodziec jak transmisja w telewizji publicznej nie powinien stanowić dodatkowej motywacji. Jestem przekonany, że i bez tego piłkarze stworzą widowisko na dobrym poziomie. Warto natomiast pochwalić inicjatywę TVP, która wreszcie wyszła z założenia, że nie zawsze trzeba pokazywać tylko mecze z udziałem Legii, Lecha i Wisły.

Od jakiego czasu, wraz z Krzysztofem Wołczkiem, prowadzi pan piłkarską akademię „Olympic” we Wrocławiu. Jak pracuje się panu z dziećmi?

Jest to bardzo wdzięczna praca. Razem z Krzyśkiem jesteśmy niezwykle zadowoleni i dumni, że nasze dzieci przez dwa lata zrobiły tak duży postęp. Bardzo nas cieszy też cieszy rosnące zaufanie ze strony rodziców, bo obecnie w naszej akademii trenuje już prawie 700 dzieci w wieku 4-10 lat. Nasi podopieczni powoli zaczynają prezentować już taką jakość, że dopytują się o nich przedstawiciele okolicznych klubów. Mamy naprawdę dużą radość, gdy widzimy uśmiechnięte dzieciaki, które chcą pracować nad sobą i sprawia im to przyjemność. To dla nas najważniejsze.

Akademia ma stanowić konkurencję dla grup młodzieżowych Śląska czy być raczej ich uzupełnieniem?

Nie chcemy z nikim konkurować. Chcemy raczej wzmacniać drużyny młodzieżowe Śląska naszymi najzdolniejszymi zawodnikami. Zamierzamy o tym niebawem rozmawiać z władzami Śląska. Na razie brakuje jednak osoby, która logicznie poukładałaby to wszystko. Potencjał, co pokazuje frekwencja na zajęciach, w regionie jest i trzeba go najlepiej wykorzystać.

Praca z najmłodszymi to wstęp do trenowania seniorów?

Praca z dziećmi daje mnóstwo przyjemności, ale wiadomo, że największe emocje towarzyszą piłce seniorskiej. Niedawno zapisałem się na kurs trenerski UEFA i dalej będę podnosił kwalifikacje z myślą o tym, aby niedługo spróbować sił w pracy z seniorami. Mam nadzieję, że dostanę jakąś ciekawą propozycję.

Bartosz Król / FourFourTwo Polska

Mirosław Jabłoński o Legii: Liczą się umiejętności, a nie miejsce gry

Legioniści w ekstraklasie nie zachwycają, ale robią to, co do nich należy i są liderami. W środę z Metalistem Charków zagrają podwójnie zmobilizowani, bo wiedzą, że dzięki kolejnej wygranej będą już jedną nogą w fazie pucharowej Ligi Europy – mówi Mirosław Jabłoński, wychowanek Legii i były trener tego klubu, a obecnie szkoleniowiec pierwszoligowego Stomilu Olsztyn.

Po raz kolejny Legia w tym sezonie w europejskich pucharach zagra na boisku, które nie jest nominalnym stadionem rywala. To będzie dodatkowa przewaga warszawskiego zespołu?

Przeniesienie meczu z Charkowa do Kijowa na pewno jest korzystne dla Legii pod względem logistycznym. Krótsza, mniej męcząca, podróż i bezpieczniejsze warunki na miejscu bez wątpienia stanowią spory plus. Poza tym, Metalist na stadionie Dynama w Kijowie nie będzie mógł liczyć na doping tylu kibiców co w Charkowie. A pełen stadion fanów zawsze jest dodatkowym atutem zespołu gospodarzy. Przede wszystkim jednak o wyniku zadecydują umiejętności zawodników. A Metalist obecnie w niczym nie przypomina drużyny sprzed roku czy dwóch, która aspirowała nawet do mistrzostwa kraju. W Charkowie miały być duże pieniądze i ekipa, która nawiąże regularną rywalizację z Szachtarem Donieck i Dynamem Kijów. Tymczasem wygląda, że wszystko tam się trochę posypało. Obecna sytuacja na Ukrainie przyczyniła się do tego, że Metalist jest aktualnie przeciętnym zespołem, co potwierdza zresztą tabela tamtejszej ekstraklasy.

No właśnie. Metalist, który z ośmiu ostatnich rozegranych spotkań wygrał tylko jedno, przystąpi do meczu z przysłowiowym nożem na gardle. Tylko wygrana przedłuża Ukraińcom nadzieje na wyjście z grupy…

Nie ulega wątpliwości, że gospodarze wybiegną na murawę z myślą o zgarnięciu kompletu punktów. Legia jest jednak w stanie wygrać ten mecz. Przypuszczam, że legioniści zaczną ostrożnie i zobaczą, jak dysponowany wyjdzie zespół z Charkowa. Ale coś jest w tym, że Legia potrafi wykorzystać zmęczenie przeciwnika i dużo bramek zdobywa w końcowych fragmentach meczów. To duży atut mistrzów Polski w ostatnim czasie.

Według firmy bukmacherskiej Fortuna, szanse Legii i Metalista na zwycięstwo są bardzo wyrównane. Jaki pan przewiduje wynik środowego spotkania?

Nie spodziewam się wysokiego wyniku, bo Legia w pucharach – nie licząc spotkania z Celtikiem – za dużo goli nie strzela. Typuję minimalne zwycięstwo polskiego zespołu: 2:1 lub 1:0. W najgorszym razie skończy się remisem 1:1.

Przed wyprawą na Ukrainę trenera Henninga Berga musi cieszyć, że w lidze jego podopiecznym wreszcie udało się zagrać na zero z tyłu, a Dusan Kuciak w piątkowym spotkaniu z Lechią wiele razy interweniował w starym, dobrym stylu…

Uważam, że forma Dusana nie była słabsza, a po prostu brakowało mu koncentracji w niektórych meczach ligowych. W pucharach nikogo nie trzeba dodatkowo motywować, a już z pewnością nie legionistów w obecnej sytuacji. Oni doskonale zdają sobie sprawę, że po ewentualnym zwycięstwie na Ukrainie awans do fazy pucharowej Ligi Europy będzie już bardzo, bardzo blisko.

Tyle że Legia w Kijowie zagra bez pauzującego za kartki Michała Żyro. Prawdopodobnie nie wystąpią też kontuzjowani: Miroslav Radović i Tomasz Brzyski.

Legia ma szeroką kadrę i powinna sobie poradzić z zastąpieniem wspomnianych zawodników. Zapewne najbardziej odczuwalny może okazać się brak Miro Radovicia, który jako napastnik był już świetnie zgrany z partnerami. Z nowym atakującym, czyli prawdopodobnie Orlando Sa, ich współpraca będzie trudniejsza z racji mniejszej liczby minut spędzonych wspólnie na boisku. Ale trener Berg na pewno był już wcześniej przygotowany na taką okoliczność i trenował ten wariant na zajęciach.

Optymizmem na pewno nie powiało jednak w meczu trzecioligowych rezerw Legii. Mimo występu kilku piłkarzy z pierwszej drużyny, Legia przegrała 0:3 z Lechią Tomaszów Mazowiecki, która przed tą kolejką zajmowała ostatnie miejsce.

Na pewno ten fakt może niepokoić. Coś w tym jest, że zawodnicy schodząc do rezerw, chcą wygrywać mecze samymi umiejętnościami. A tu trzeba jeszcze trochę powalczyć o ten korzystny wynik. Do tego dochodzi kwestia należytej współpracy między formacjami. A często w przypadku zawodników z pierwszej drużyny, którzy wspomagają ekipę rezerw, nie ma należytego współdziałania z kolegami na stałe grającymi w drugim zespole. Osobiście nie robiłbym tragedii z tej ostatniej przegranej, bo jakby nie patrzeć zawodnicy pierwszej drużyny dobrze spisują się w ekstraklasie i to jest najważniejsze. Choć trzeba zwrócić im uwagę, że każdy mecz, w którym grają, jest ważny – czy to w krajowej elicie, czy na trzecioligowym froncie. Jeśli zostali wysłani na mecz rezerw, to sztab szkoleniowy miał w tym jakiś konkretny cel. I w tym wypadku nie była to żadna kara, a po prostu podtrzymanie formy. Ligi nie wygra bowiem kilku zawodników, a cały czas gotowa do grania na wysokim poziomie co najmniej 20-osobowa kadra. W żadnym razie piłkarzom nie wolno wybierać sobie, gdzie zagrają na sto procent możliwości, a gdzie odpuszczą i dadzą z siebie tylko 50 procent.

Spodziewał się pan, że po 12 kolejkach najmocniej po piętach w ekstraklasie będą deptać Legii zawodnicy Śląska Wrocław i Jagiellonii Białystok?

Postawa Śląska nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem, bo we Wrocławiu mają teraz naprawdę dobry zespół. Natomiast w przypadku Jagi widać, że jej piłkarze z każdą kolejką rozumieją się coraz lepiej, a trener potrafi optymalnie wykorzystać atuty podopiecznych. Jagiellonia gra w tej chwili ciekawą piłkę, do przodu, bez kalkulacji, a miejsce w tabeli jest nagrodą za taką właśnie ofensywną postawę. Od minionego weekendu za Jagą przemawia jeszcze jeden atut w postaci nowego stadionu, dzięki któremu spotkania może śledzić z trybun ponad 20 tysięcy widzów. Taki obiekt zachęca do przyjścia na mecz, a przy wysokiej frekwencji atmosfera wielkiego piłkarskiego wydarzenia od razu przekłada się na lepszą grę piłkarzy. Przy światłach, mając tłumy fanów za plecami, aż chce się grać.

A gra Legii, patrząc przekrojowo od początku sezonu, podoba się panu?

Średnio. Legioniści wygrywają mecze, ale ich gra nie jest porywająca. W ich poczynaniach rzuca się w oczy duża większa dyscyplina niż kiedyś, lecz o zwycięstwach przesądzają głównie umiejętności poszczególnych zawodników. Legia gra z dużym wyrachowaniem i jej styl nie jest tak efektowny jak choćby wspomnianej Jagiellonii. Ale w lidze chodzi o to, żeby zdobywać punkty, a to się obrońcom tytułu udaje bez zarzutu. A kiedy zawodnicy się sprężą, ich gra wygląda zdecydowanie lepiej, bardziej widowiskowo.

Czy mimo zaangażowania w europejskie puchary uda się Legii skończyć rundę jesienną na pierwszym miejscu w tabeli?

Legia ma tak szeroką kadrę, że rywale mogą jej tylko pozazdrościć. Kiedy sam byłem trenerem warszawskiego zespołu i też występowaliśmy w europejskich rozgrywkach oraz Pucharze Polski, mieliśmy 14-15 zawodników do gry. I musieliśmy sobie dać radę. Dlatego nie wyobrażam sobie, że Legia teraz nie poradziła sobie, mając w kadrze ponad 20 graczy, z których co najmniej 18 może w każdej chwili pojawić się w wyjściowym składzie i zagrać na przyzwoitym poziomie.

W latach 90. transfery na linii Olsztyn – Warszawa elektryzowały kibiców. Jako trener Stomilu widzi pan w swoim zespole zawodników, którzy mogą wkrótce pójść drogą Tomasza Sokołowskiego czy Sylwestra Czereszewskiego?

Olsztyn to bardzo dobre miejsce do wyławiania piłkarskich talentów, a przy tym ośrodek, gdzie dobrze się później z tą młodzieżą pracuje. Mimo braków w infrastrukturze do pracy z najmłodszymi, nie mogę narzekać na niedobór zdolnych młodzieżowców. A gdyby nie ostatnie kontuzje, w pierwszym składzie grałoby ich jeszcze więcej. Kilku chłopaków może trafić do czołowych klubów w kraju, w tym także do Legii, ale potrzebują na to jeszcze trochę czasu. Oni dopiero wchodzą do pierwszej ligi, więc niech tutaj pograją najpierw ze 2-3 sezony i wtedy, odpowiednio ukształtowani, ruszają dalej na podbój piłkarskiego świata. Skauci, także z Warszawy, regularnie bywają na meczach Stomilu i wiem, że kilka nazwisk już trafiło do ich notesów. Na pewno warto z uwagą przyglądać się rozwojowi takich graczy jak choćby Dawid Szymonowicz, który ma pewne miejsce w składzie nie ze względu na wiek, a prezentowane umiejętności. Jest też Karol Żwir, reprezentant Polski juniorów, który wraca do pełnej dyspozycji po poważnej kontuzji. Ciekawie zapowiada się również Rafał Śledź, który nie może na razie grać z powodu złamanej kości piszczelowej. Oprócz Polaków, Stomil może także pochwalić się utalentowanymi Ukraińcami. Jest Irakli Meschia – bardzo kreatywny środkowy pomocnik, jest Roman Maczułenko – prawy pomocnik, a napastnik Wołodymyr Kowal ma nawet za sobą występy w ukraińskiej młodzieżówce. Poprzednio grał w Sewastopolu i gdyby nie tamtejsza sytuacja polityczna, pewnie nigdy nie trafiłby do nas, bo finansowo nie jesteśmy przecież w stanie konkurować z ukraińskimi klubami. Cała trójka to nie są przypadkowi zawodnicy, a polska pierwsza liga jest dla nich tylko przystankiem aklimatyzacyjnym na drodze ku europejskiej piłce.

Bartosz Król / FourFourTwo Polska

W końcu ich zlaliśmy! Polska - Niemcy 2:0!!!

Niemożliwe stało się możliwe. Reprezentacja Polski pokonała Niemcy 2:0 w meczu eliminacyjnym do EURO 2016. To historyczny wynik, bowiem nasza piłkarska kadra jeszcze nigdy nie wygrała z tym przeciwnikiem. Bramki dla biało-czerwonych strzelali Arkadiusz Milik oraz Sebastian Mila.

Cóż to jest za rok polskiego sportu. W Soczi na Igrzyskach Olimpijskich dwa złote medale zdobył Kamil Stoch, po jednym dołożyli Justyna Kowalczyk oraz Zbigniew Bródka. Niedawno nasi siatkarze we wspaniałym stylu zdobyli Mistrzostwo Świata, ich sukces powtórzył kolarz Michał Kwiatkowski. Wcześniej bardzo dobrze spisali się nasi lekkoatleci na Mistrzostwach Europy, a Rafał Majka wygrał nasz narodowy wyścig kolarski Tour de Pologne. Rok 2014 jest jakiś zaczarowany dla naszego sportu. I jakby na zasadzie podgrzania, nasi piłkarze wygrali w sobotę z Niemcami 2:0 w eliminacjach do EURO 2016. W końcu zdjęliśmy tego "simlocka". Wszystko to co dzieje się ostatnio w polskim sporcie przypomina mi trochę samonakręcającą się spiralę. Spiralę sukcesu. Oby ten trend trwał jak najdłużej.

Przed meczem w Warszawie media tradycyjnie podgrzewały atmosferkę. Przyznam szczerze, że z dużym sceptycyzmem podchodziłem do tego spotkania. Jakoś nie trafiały do mnie argumenty o tym, że kadra Niemiec po mundialu w Brazylii przeszła młodzieńczą metamorfozę i jej siła rażenia jest obecnie mniejsza. Jedyne na co po cichu liczyłem to po prostu prawo serii... Jednak, aby to prawo zadziałało musiały zostać spełnione pewne warunki, predysponujące nas do tego, aby niepokonanego przeciwnika w końcu pokonać. I to się w sobotę stało. Dobraliśmy odpowiednią taktykę, weszliśmy na właściwy poziom koncentracji oraz mobilizacji, mieliśmy szczęście. Czasem w futbolu tak bywa, że rywalowi nic do sieci wpaść nie chce, a ty ukłujesz go raz i zgarniasz całą pulę. Nam udało się Niemiaszków ugryźć aż dwa razy, za co chwała naszym chłopakom, bo nikt nie powie teraz, że wygraliśmy po jakimś farfoclu. Nasza reprezentacja w tym meczu, przypominała mi trochę grającą niekiedy w ten sposób Chelsea Jose Mourinho. Najpierw defensywa, czasami wręcz rozpaczliwa i wyprowadzanie szybkich ataków. Adam Nawałka na pomeczowej konferencji prasowej przyznał, że granie otwartej piłki z Mistrzami Świata byłoby szaleństwem. Dzięki rozważnej taktyce, dzisiaj możemy się cieszyć z kompletu punktów. Aby podkreślić wagę tego tryumfu dodam, że ostatni raz reprezentacja RFN w eliminacjach przegrała w 2007 roku!

We wtorek gramy kolejny mecz u siebie z niewygodnymi Szkotami. To będzie dla naszej reprezentacji bardzo niewdzięczne spotkanie. Szkoci nie będą prowadzić gry, tak jak robili to Niemcy. Być może to my będziemy musieli się więc wziąć za rozgrywanie, a z tym jak niestety wiadomo mamy pewne kłopoty. Wierzę jednak, że zwycięstwo nad Niemcami doda Polakom pozytywnego powera na te eliminacje. Na Stadionie Narodowym znowu zasiądzie komplet widzów, który do ostatniej minuty będzie wspierał naszą drużynę. Do celu, czyli awansu na Euro 2016 droga jeszcze daleka, ale póki co idzie nam wyśmienicie. Na koniec napiszę to co wczoraj 178 razy powtórzył Tomasz Hajto: Braawo!

Polska - Niemcy 2:0 (0:0)
1:0 - Arkadiusz Milik 51'
2:0 - Sebastian Mila 88'

Składy:

Polska: Wojciech Szczęsny - Łukasz Piszczek, Kamil Glik, Łukasz Szukała, Jakub Wawrzyniak (85' Artur Jędrzejczyk), Kamil Grosicki (71' Waldemar Sobota), Tomasz Jodłowiec, Grzegorz Krychowiak, Maciej Rybus, Arkadiusz Milik (77' Sebastian Mila), Robert Lewandowski.

Niemcy: Manuel Neuer - Antonio Ruediger (83' Max Kruse), Mats Hummels, Jerome Boateng, Erik Durm, Christoph Kramer (72' Julian Draxler), Toni Kroos, Karim Bellarabi, Mario Goetze, Andre Schuerrle (78' Lukas Podolski), Thomas Mueller.

Żółte kartki: Jerome Boateng (Niemcy) oraz Łukasz Szukała, Robert Lewandowski (Polska).

Sędzia: Pedro Proenca (Portugalia).

Widzów: 56 934.

Michał Szczuchniak / brazylia2014.com.pl

Więcej artykułów…

  1. Pomundialowa depresja