Start

Blog

Tomasz Kiełbowicz: Z lepszym rywalem łatwiej o dobrą grę

Rewanż z St Patrick's Athletic FC to jeszcze nie było „to”, ale i tak ten mecz pozwala z większym optymizmem czekać na kolejne boje legionistów w europejskich pucharach. Przed decydującymi spotkaniami szanse Legii i Celtiku na awans do Ligi Mistrzów oceniam po połowie – mówi Tomasz Kiełbowicz, były zawodnik Legii, a obecnie skaut warszawskiego klubu.

Po tym, co pokazała Legia w pierwszych trzech meczach nowego sezonu, z dużym niepokojem oczekiwał pan na rewanż z Irlandczykami?

Wbrew pozorom, byłem bardzo spokojny przed tym spotkaniem. Wiedziałem, że chłopcy są bardzo zmobilizowani, aby pokazać się z jak najlepszej strony i myślę, że w środowy wieczór widzieliśmy już przebłyski dobrego futbolu w wykonaniu Legii. To dopiero początek sezonu i ta drużyna na pewno potrafi grać jeszcze lepiej. Liczę, że udowodni to w zbliżającym się dwumeczu z Celtikiem.

W którym momencie na dobre odetchnął pan z ulgą?

Gol na 2:0 dodał pewności legionistom i ostatecznie odebrał wiarę na korzystny wynik gospodarzom. Choć nie ma co ukrywać, że już przed pierwszym meczem zdawałem sobie sprawę, iż Legia jest drużyną lepszą. I cieszę się, że w środę chłopcy udowodnili, że potrafią grać w piłkę. Na pewno z większym spokojem pozwala to oczekiwać na potyczki ze Szkotami.

Kto się panu najbardziej podobał w warszawskim zespole?

Było kilku zawodników, którzy pokazali się z dobrej strony. Bez wątpienia mogła zaimponować postawa Ondreja Dudy, który wrócił do drużyny po kontuzji. To chłopak obdarzony świetną techniką użytkową, doskonale potrafi panować nad piłką. Na słowa uznania zasłużył też Miro Radović, zdobywca dwóch bramek. Nie wyróżniałbym jednak tylko tej dwójki, bo cały zespół podszedł do tego meczu niezwykle skoncentrowany i już od pierwszych minut widać było, że wszyscy grają bardzo odpowiedzialnie. Fajnie, że skończyło się to tak okazałym wynikiem.

Gdzie możemy doszukiwać się powodów do optymizmu przed rywalizacją z Celtikiem?

Sezon dopiero się zaczyna. Legia będzie miała już za sobą kilka oficjalnych spotkań, w których zawodnicy mogą łapać rytm meczowy, nabierać pewności i oswajać się z piłką. Tymczasem liga szkocka rusza dopiero w drugi weekend sierpnia. Myślę także, iż sama nazwa przeciwnika wywoła w zespole dodatkową mobilizację. Na takie mecze zawsze czeka się z utęsknieniem, aby zaprezentować maksimum umiejętności.

Jak wynika z kursów firmy bukmacherskiej Fortuna, dużo większe szanse na grę w fazie grupowej Ligi Mistrzów mają jednak „The Bhoys”. Pana odczucia są podobne w tej kwestii?

Szanse obu zespołów oceniam po połowie. Myślę, że przy obecnych umiejętnościach indywidualnych piłkarzy Legii oraz ogólnej sile warszawskiej drużyny jest ona w stanie pokonać Celtic.

Fakt, że ze względu na Igrzyska Wspólnoty Narodów rewanż zostanie rozegrany w Edynburgu, a nie w Glasgow, może mieć jakieś znaczenie dla losów tej rywalizacji?

Raczej niewielkie. Wiadomo jednak, że Celtic na własnym boisku jest szczególnie groźny i przed swoją żywiołową publicznością potrafi rozgrywać świetne zawody. Jeszcze z Arturem Borucem w bramce „Celtowie” umieli pokonać u siebie między innymi Barcelonę. Dlatego mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu w Warszawie uda się wypracować Legii zaliczkę przed rewanżem. Chciałbym, aby mistrzowie Polski wygrali to spotkanie i nie stracili przy tym gola. Trener Berg już parokrotnie potwierdził, że jest dobrym strategiem i wierzę, że tym razem też nie pomyli się odnośnie planu taktycznego.

W międzyczasie Legię czeka jeszcze wyjazd na ligowy mecz z Cracovią. Znowu należy się spodziewać dużych rotacji w składzie?

Trudno powiedzieć. Kadra Legii jest szeroka i niezależnie od tego, kto wybiegnie na boisko, będzie chciał wykorzystać otrzymaną szansę. W obojętnie jakim zestawieniu ten zespół stać na wygraną w Krakowie.

A jak się podoba panu postawa nowych zawodników? U progu sezonu nie brakuje opinii, że z takimi wzmocnieniami mistrzowie Polski nie mają czego szukać w Europie…

Sprowadzonym tego lata graczom trzeba dać jeszcze trochę czasu, żeby się do końca zaaklimatyzowali w Legii. Przeważnie tak jest, że jeśli ktoś trafia na Łazienkowską, potrzebuje nieco czasu, zanim poczuje atmosferę tego klubu. Każdy z nowych zawodników możliwości piłkarskie ma duże i nie wątpię, że w tym sezonie jeszcze nie raz nas o tym przekona.

Bartosz Król / FourFourTwo Polska

Czesław Jakołcewicz: Oby nie wróciły demony

Mentalność zwycięzców niby jest u zawodników Lecha, ale na boisku tak dokładnie jej nie widać  – mówi Czesław Jakołcewicz, który z „Kolejorzem” jako zawodnik trzykrotnie sięgał po mistrzostwo Polski. – Dziwi mnie też, gdy słyszę, że nowy zawodnik, doświadczony i z tego samego kraju, potrzebuje do czterech tygodni na opanowanie systemu preferowanego przez trenera. Od reprezentanta trzeba wymagać, żeby od razu wszedł do drużyny i grał. Nie mówimy przecież o nastoletnim piłkarzu z innego kontynentu – dodaje 53-letni szkoleniowiec.

Które oblicza Lecha jest prawdziwe – to z pucharowego meczu z Estończykami czy to z ligowego starcia z Piastem?

Wydaje mi się, że jeszcze ani jedno, ani drugie. Chciałbym, żeby z każdym kolejnym meczem ta drużyna grała coraz lepiej i liczę, że czwartkowe spotkanie pokaże nam już zupełnie innego Lecha. Bo pierwszego meczu nawet nie będę komentował, a w drugim meczu z Piastem wynik był lepszy niż gra. Wysokie zwycięstwo oczywiście cieszy, ale trzeba też pamiętać, że rywal nie postawił zbyt trudnych warunków. Wszyscy czekamy na lepszą grę lechitów.

Co jest na ten moment największą bolączką Lecha?

Gra obronna. Wprawdzie w ostatnim meczu poznaniacy zagrali na zero z tyłu, ale dalej będę się upierał, że defensywa nie wygląda tak jak powinna. Dziwi mnie, że nie grał Marcin Kamiński. Ten chłopak nie dość, że powinien grać, to jeszcze powinien być tym czołowym środkowym obrońcą. Tak samo dziwię się, że już na starcie znowu zaczynają się roszady w linii defensywnej. W zeszłym sezonie w grze obronnej było dużo mankamentów i teraz też od pierwszego meczu widać błędy w tym elemencie. Jako były obrońca zawsze szczególnie uważnie przyglądam się grze defensorów i cóż, postawę tylnej linii trudno uznać za silny punkt „Kolejorza”. Na papierze niby to wygląda dobrze, dwa mecze i jedna tylko stracona bramka przy czterech zdobytych, ale to naprawdę jeszcze nie jest to. Nie wiemy, czy to już jest optymalny skład tej formacji, czy trener Rumak cały czas dalej szuka najlepszego ustawienia. Inna sprawa, że w moim odczuciu w okresie przygotowawczym było wystarczająco dużo spotkań, żeby teraz niczego nie szukać, tylko wystawiać do gry najlepszych i tyle.

Jak wynika z notowań firmy bukmacherskiej Fortuna, Lech jest zdecydowanym faworytem rewanżu z Nomme Kalju. Pan też przewiduje łatwe zwycięstwo „Kolejorza”?

Po pierwszej połowie dwumeczu Lech przegrywa 0:1 i w drugiej części musi odrobić straty. Na tym polega specyfika gry w pucharach. Tutaj nie liczy się jedno spotkanie, a dwa. Nie wyobrażam sobie, żeby Lech nie pokonał tej pierwszej przeszkody. Tyle że w zeszłym roku też nikt nie dopuszczał do siebie myśli, że „Kolejorz” potknie się w starciu z Żalgirisem, a wszyscy pamiętamy jak się skończyła ta rywalizacja. Miało być tak pięknie, a przecieraliśmy oczy ze zdumienia, że odpadamy z zespołem niżej notowanym. Dlatego teraz też przestrzegałbym przed nadmiernym optymizmem. Zawodnicy muszą wyjść na murawę z ogromną determinacją i od samego początku narzucić własny styl gry. W meczu z takim rywalem od pierwszej minuty trzeba zdecydowanie zaatakować i jak najszybciej strzelić gola, żeby później nie było nerwowości. Bo później im dłużej będzie się utrzymywał niekorzystny rezultat, tym większa będzie nerwowość w poczynaniach zawodników Lecha i kibiców. Na razie fani nie biorą pod uwagę możliwości odpadnięcia na tym etapie, ale po doświadczeniach z ubiegłego roku, ich cierpliwość też ma granice. Jakkolwiek banalnie to nie brzmi, we współczesnym futbolu nie można już lekceważyć żadnego przeciwnika. Zwłaszcza że piłka nożna nie zawsze jest sprawiedliwa i nie zawsze wygrywa lepszy.

Statystyki też są dla Lecha bezlitosne. Jeszcze nigdy nie udało mu się odrobić strat w pucharach, gdy pierwszy mecz przegrał na wyjeździe 0:1…

No właśnie. Dlatego z jednej strony z umiarkowanym optymizmem oczekuję tego rewanżu, a z drugiej – trudno nie podchodzić do tego meczu z pewnym niepokojem. Mimo wszystko wierzę, że wygrana 4:0 z Piastem wzmocniła wyraźnie morale Lecha i już od pierwszej minuty zawodnicy rzucą się na rywali z niespotykaną energią i zapałem. Na spokojne granie przyjdzie wtedy pora w końcówce, kiedy wynik będzie już przesądzony na korzyść „Kolejorza”.

Brak transmisji telewizyjnej może trochę w jakiś sposób pomóc poznaniakom? Wybiegną na boisko ze świadomością, że przynajmniej w trakcie meczu nikt nie będzie się śmiał z ich postawy…

Nie powinno to mieć żadnego znaczenia. Jeśli zawodnicy wiedzą o co grają, a na pewno wiedzą, to brak kamer czy ich obecność nie może mieć wpływu na ich postawę. Wszyscy chyba zdają sobie sprawę, że przegrali mecz, którego nie mieli prawa przegrać i kwestią honoru jest dla nich odrobienie straty. W ich sytuacji nie może być żadnego tłumaczenia: za gorąco, za zimno, deszcz itd. Oni, nie zważając na nic, muszą wybiec i stłamsić zespół gości już w pierwszej połowie. Bo rywale na pewno nie zdecydują się na otwartą grę. Czym później, tym będzie się poznaniakom gorzej grało, dlatego losy rywalizacji powinny zostać rozstrzygnięte już do przerwy. Nie widzę innej możliwości niż pressing i ataki Lecha od pierwszej minuty.

Jak będzie wyglądać najbliższa rzeczywistość w klubie jeśli Lech jednak nie zdoła odrobić strat?

Mam nadzieję, że te rozważania okażą się bezcelowe, ale wszystkie warianty i wszystkie scenariusze trzeba brać pod uwagę. Ewentualne odpadnięcie już w tej rundzie będzie tragedią dla klubu i całej polskiej piłki, bo przecież znowu szybko stracimy okazję do zdobycia punktów rankingowych UEFA. Inna rzecz, że kiedyś w ogóle było nie do pomyślenia, żeby po pierwszych meczach pierwszej rundy z udziałem naszych zespołów istniało całkiem realne ryzyko, że wszystkie od razu pożegnają się z pucharami. Nie zawsze sukcesy przychodziły łatwo, ale jakieś minimum przyzwoitości było zachowane. A teraz co roku o tej samej porze odbywamy podobne rozmowy drżąc o wynik już na samym wstępie pucharowej przygody. Nie wiem, czy przegrana z Estończykami będzie oznaczała rozstanie z trenerem Rumakiem, ale trudno mi sobie wyobrazić, żeby dostał jeszcze jedno podejście do pucharów.

Kadra też pewnie ulegnie zmianie…

Ciężko będzie zatrzymać w klubie takich zawodników jak Łukasz Teodorczyk czy Marcin Kamiński, o odejściu których spekuluje się już od pewnego czasu. Swoją drogą, jeśli takiego Kamińskiego faktycznie chce się sprzedać, to trzeba go eksponować, a nie oszczędzać już w pierwszej kolejce. Jeżeli chciałbym go kupić, to jak mam się ostatecznie do niego przekonać, skoro nie widzę go na boisku. W ciemno już nikt dzisiaj nie robi transferów, a jeśli zawodnik nie gra, jego wartość spada – to jest logiczne. To działa też w drugą stronę – taki zawodnik ma jeszcze większa motywację, żeby się pokazać potencjalnemu nowemu pracodawcy niż ten, który niedawno podpisał umowę i dopiero wchodzi do drużyny. Dawać odpoczynek w pierwszym tygodniu sezonu? Po czym? Na takie manewry to mogą się decydować w Madrycie, Barcelonie czy Manchesterze, gdzie  tamtejsze drużyny rozgrywają w sezonie po 60 spotkań. A ryzyko kontuzji zawsze wliczone jest w upranie piłki nożnej. Poza tym, nie wiadomo,  kto teraz ma grać. Ci, którzy przegrali w pucharach, czy ci, którzy wygrali w lidze? No i kolejna sprawa – jak później wymagać zgrania i pewności siebie od tych teoretycznie najlepszych? Na czymś takim sparzyła się już Legia i teraz w Poznaniu mamy powtórkę z rozrywki. Na eksperymenty był czas w okresie przygotowawczym, o stawkę muszą grać już najlepsi z całej posiadanej kadry.

Kwestia tytułu znowu rozstrzygnie się tylko między Legią i Lechem czy też tym razem na dobre włączą się do tej rywalizacji inne kluby?

Na pewno Lech i Legia będą rządzić ligą, ale zawsze znajduje się jeden zespół, który zaskakuje i miesza szyki faworytom. Czy będzie to Lechia? Na razie gdańszczanie niczym nie zaskoczyli. Przegrywali z Jagiellonią i przy mądrzejszej grze „Jagi” wcale nie musieli uratować tego remisu. Lechiści przede wszystkim potrzebują czasu, bo latem ich zespół mocno przebudowany. Nie wolno jednak zapominać, że tam, gdzie jest za dużo dobrych zawodników, też są problemy. Szczególnie z atmosferą w szatni, bo dają o sobie znać kwestie ambicjonalne – każdy chce przecież grać jak najwięcej. Czasami naprawdę ciężko jest zawodnikowi wytłumaczyć, że musi zostać na ławce, gdy ten czuje, że jest w formie i zasługuje na pierwszy skład. Dużo w tej sytuacji zależy od trenera, aby tak to wszystko poukładał, żeby każdy czuł się potrzebny.

Bartosz Król / FourFourTwo Polska

Pomundialowa depresja

Mistrzostwa Świata w Brazylii przeszły do historii. Dla wielu kibiców tak nagłe odstawienie futbolowych emocji może być bolesnym przeżyciem. W najbliższych tygodniach będziemy musieli zadowolić się substytutem prawdziwego futbolu, czyli naszą ekstraklasą, która rusza już w piątek...

Marketingowcy w Warszawie dobrze pokombinowali, układając inaugurację naszej ligi na 5 dni po zakończeniu mundialu w Brazylii. Bardziej zdesperowani kibice połkną haczyk i zasiądą przed telewizorami, po to aby znowu zobaczyć rywalizację na zielonej murawie. Niestety to co tam obejrzą może być dla nich ciężkie do przetrawienia w szczególności po tym, co w Kraju Kawy zaprezentowały nam najlepsze reprezentacje. To był najbardziej bramkostrzelny mundial w historii. Czempionat w Brazylii miano to dzieli z francuskim mundialem z 1998 roku. W obu tych turniejach kibice obejrzeli 171 bramek. Pospiesznie dodać trzeba, pięknych bramek. 32 dni z obfitowały w wielkie emocje, mimo tego, że nasza kadra do Ameryki Południowej nie awansowała.

Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy. Te Mistrzostwa zleciały jak z bicza strzelił i teraz musimy powolutku wracać do swojej szarej futbolowej rzeczywistości. Piłkarski świat powoli o nas zapomina i to jest na pewno smutne i przygnębiające. Porównajmy, tak dla wewnętrznego dobicia w jakim miejscu jest teraz nasz ostatni mundialowy rywal, czyli Kostaryka. U nas ciągle trwa degrengolada. W tym roku, wielka piłka zawita do nas 11 października, gdy na Stadionie Narodowym w Warszawie nasza reprezentacja zmierzy się z drużyną Mistrzów Świata. Mecz ten odbędzie się w ramach kwalifikacji do Euro 2016, może to być dla nas kolejne bolesne doświadczenie...

Jeżeli jesteśmy już przy kwalifikacjach to napomnę, że dokładnie za dwa dni klubowy Mistrz Polski Legia Warszawa zagra w kwalifikacjach do kwalifikacji Ligii Mistrzów z mistrzem Irlandii St. Patrick’s Athletic Football Club. Mecz odbędzie się w środę, pokaże go TVP, czyli zachowamy mundialowy rytm z dwoma dniami przerwy. Będzie to coś w sam raz dla futbolowych desperatów, takich jak ja. Tak proszę Państwa to jest nasze miejsce - peryferia poważnego futbolu.

Na koniec kilka słów podsumowujących naszą działalność. Dziękujemy za wszystkie wizyty na naszej stronie, te regularne oraz te przypadkowe. Przepraszamy za błędy. Dziękujemy za współpracę firmie Adidas oraz magazynowi FourFourTwo Polska. Oba te podmioty swoimi oryginalnym materiałami wzbogacały treść merytoryczną tego portalu. Co dalej będzie z nami? No cóż przez kilka najbliższych miesięcy strona będzie umierać śmiercią naturalną. Zapomnicie o nas wy, zapomną o nas nasi znajomi, a na samym końcu sami o sobie zapomnimy. Prowadzenie tego typu przedsięwzięcia odgórnie skazane jest na sezonowość. W mailach (konkretnie dwóch) dostaliśmy zapytanie czy mamy zamiar przenieść portal pod inny adres i w ten sposób kontynuować swoją "pracę". Otóż, kontynuacji najprawdopodobniej nie będzie. Czas w końcu wyrosnąć z krótkich spodenek, czyli skończyć studia i zająć się zajęciem poważniejszym. Raczej się więc już nigdzie nie "spotkamy". Będziemy na rynku do końca bieżącego roku, do tego czasu już w mniejszej częstotliwości będziemy komentowali to co dzieje się na naszym piłkarskim poletku. Także możecie jeszcze do nas od czasu do czasu wpaść. Tyle słów "ewangelii" na dzisiaj, dziękujemy jeszcze raz wszystkim gościom naszej witryny. To były fantastyczne Mistrzostwa!

Ze sportowym pozdrowieniem Puszcza oczko

Michał Szczuchniak / brazylia2014.com.pl

Czwarty tytuł dla reprezentacji Niemiec!

Po raz czwarty w historii reprezentacja Niemiec zdobyła Mistrzostwo Świata. W finale rozegranym na Maracanie podopieczni Joachima Loewa po dogrywce pokonali Argentynę 1:0. Bramkę dającą zwycięstwo strzelił super rezerwowy Mario Goetze.

Wszystko mogło potoczyć się jednak zupełnie inaczej. W 20 minucie Toni Kroos popełnił fatalny błąd i wycofał piłkę głową we własne pole karne. Do futbolówki dopadł Gonzalo Higuain, który znalazł się w sytuacji sam na sam z Manuelem Neuerem. Napastnik Napoli nie wcelował jednak w światło bramki. Ta sytuacja w ostatecznym rozrachunku, może zostać uznana za decydującą akcję tego finału. Gdyby Higuain trafił triumfu Niemiec najprawdopodobniej by nie było. Argentyna bowiem rozgrywała swój najlepszy mecz na tym mundialu. Niemcy mieli dłużej piłkę, ale z tego posiadania niewiele wynikało. Natomiast kolejne kontry wyprowadzane przez zawodników Sabelli pachniały golami. Higuain w drugiej dogodnej sytuacji trafił nawet do sieci, ale nie przypilnował linii spalonego. Arbiter boczny uniósł więc chorągiewkę. W 32 minucie boisko musiał opuścić Christoph Kramer, który chwilę wczęśniej został zdemolowany przez Garaya. W jego miejsce Loew wpuścił Andre Schuerrle. Jak się okazało było to świetne posunięcie. Już w swojej pierwszej akcji zawodnik Chelsea mógł pokonać Sergio Romero. Jego strzał bramkarz Monaco zdołał jednak sparować. Niemcy odpowiedzieli główką w słupek Hoewedesa. W końcu zaczynał nam się robić mecz.

W drugiej części spotkania gra wyglądała identycznie jak podczas pierwszych 45 minut. Niemcy dłużej posiadali piłkę, ale to Argentyna była groźniejsza w ofensywie. Dogodnej sytuacji nie wykorzystał Messi, który stanął oko w oko z Neuerem. Z biegiem czasu w oczach gasł nam Higuain. Sabella zareagował i zastąpił go w 78 minucie Rodrigo Palacio. Podopieczni Jogiego Loewa zaczęli powoli przejmować kontrolę nad tym meczem. Efektem ich lepszej gry były sytuacje Mesuta Oezila, Miroslava Klose i Toniego Kroosa. Żaden z nich nie potrafił jednak pokonać Romero. W regulaminowym czasie gry nikt do bramki rywala trafić nie zdołał, dlatego trzeba było grać dogrywkę.

W 96 minucie kolejną kapitalną okazję zmarnowali Albicelestes, a konkretnie Palacio. Zawodnik Interu Mediolan wyszedł na czystą pozycję z Neuerem, ale jego lobik nad bramkarzem Bayernu Monachium okazał się, a jakże niecelny. Nie można marnować takich sytuacji w finale Mistrzostw Świata. Zwłaszcza jeżeli rywalizują ze sobą tak wyrównane drużyny. Ta nieskuteczność musiała się w końcu na zespole z Ameryki Południowej zemścić. W 113 minucie lewa flanką przedarł się Schuerrle. Zawodnik Chelsea wypatrzył w polu karnym rywali niepilnowanego Goezego, obsłużył go precyzyjnym dośrodkowaniem. Mario przyjął piłkę na klatę, odwrócił się w kierunku bramki Argentyny i załadował z pierwszej piły po długim rogu. Futbolówka zatrzepotała w siatce, a młody zawodnik Bayernu utonął w objęciach kolegów z zespołu. Jeszcze w przerwie przed dogrywką Joachim Loew podszedł do Goezego i wymownie złapał go za mordę, jakby namaszczając go wykonania historycznego zadania.

Argentyna ruszyła do natarcia. Czasu było już jednak mało, sił również brakowało. Wrzutki na tak zwaną pałę kasowali defensorzy Niemiec. W ostatnich sekundach z wolnego szczęścia szukał jeszcze Leo Messi. Jego strzał ze znacznej odległości postraszył tylko gołębie. Nie tak gwiazdor Barcelony wyobrażał sobie ten wieczór. Nasi sąsiedzi zdobyli swój czwarty Mistrzowski tytuł. Jako pierwsi Europejczycy w historii triumfowali na terenie Ameryki Południowej, czyli na kontynencie dotychczas wybitnie nieleżącym reprezentacjom ze Starego Kontynentu. 24 lata nasi zachodni sąsiedzi czekali na powrót Pucharu Świata do swojego kraju. Od 18 lat nie potrafili tryumfować na imprezie rangi Mistrzowskiej. Po drodze przegrali dwa finały, w 2002 na mundialu w Korei i Japonii i w 2008 roku na Mistrzostwach Europy. Ich cierpliwość w końcu została nagrodzona. Analizując na chłodno całe brazylijskie Mistrzostwa wydaje się, że tytuł trafił we właściwe ręce.

Po meczu finałowym rozdano oprócz medali nagrody indywidualne. Najbardziej wartościowym graczem całego mundialu został, chyba trochę na pocieszenie Leo Messi, złotą rękawicę zdobył oczywiście Manuel Neuer. Królem strzelców został zdobywca 6 bramek James Rodriguez z Kolumbii. Przed finałem odbyła się ceremonia zamykająca te wspaniałe brazylijskie Mistrzostwa Świata. Na scenie wystąpili tancerze, muzycy oraz rożnej maści artyści, wśród których prym wiodła Shakira. Chcemy tego czy nie, XX Mistrzostwa Świata przeszły do historii. Za 4 lata piłkarska karawana wyląduje w Rosji.

Niemcy – Argentyna 1:0 po dogr. (0:0)

Bramka: Mario Goetze (113).

Żółte kartki: Bastian Schweinsteiger, Benedikt Hoewedes – Javier Mascherano, Sergio Aguero.

Sędziował: Nicola Rizzoli (Włochy).

Widzów: 74 738.

Niemcy: Manuel Neuer – Philipp Lahm, Jerome Boateng, Mats Hummels, Benedikt Hoewedes – Christoph Kramer (32. Andre Schuerrle), Bastian Schweinsteiger – Thomas Mueller, Toni Kroos, Mesut Oezil (120. Per Mertesacker) – Miroslav Klose (88. Mario Goetze).

Argentyna: Sergio Romero – Pablo Zabaleta, Martin Demichelis, Ezequiel Garay, Marcos Rojo – Enzo Perez (87. Fernando Gago), Javier Mascherano, Lucas Biglia, Ezequiel Lavezzi (46. Sergio Aguero) – Lionel Messi, Gonzalo Higuain (78. Rodrigo Palacio)

Michał Szczuchniak / brazylia2014.com.pl

Więcej artykułów…

  1. Miasta gospodarze MŚ 2014